Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dalekiem, że kiedy barki przybiją w przystani, a mąż stąpi na próg domu we własnej osobie, wyda się tęskniącej jakby obcym, jakby nie tym, za którym tęskniła.

...«Et puis, s’ils vous reviennent.
Les reconnaitrez — vous?»

Jakoż istotnie, jego twarz z popadaną od wiatru morskiego skórą, jego zaczerwienione bezsennością oczy, jego odzież pokryta szlamem i zalatująca tranem, jego włosy pozlepiane od słonej wilgoci, jego nieustanne plucia, jego szczeciniasty zarost, jego czarne zęby i tkwiąca w nich nieodzownie fajka, jego ciężkie, kłapiące kroki, jego żarłoczność, jego ociężałość, jego senność, i to lądowe ogłupienie, jakiemu podlegają ludzie morza, wszystko to jest niesłychanie różne od obrazu, jaki tęskniąca miała przed oczyma, śpiewając pieśń tęsknoty.

...«Or il n’a plus son âme,
Il l’a laissèe en mer»...

Odwraca tedy spojrzenie od rzeczywi-