Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lekkim poruszane wiatrem, srebrzyły się zdala w porannem słonku, niby skrzydła gołębie nad trumną bijące. Dostawszy się na gościniec z wyrębu, wóz potoczył się wolniej, a kiedym się złączyła z gromadką, pieśń na ostatniej spadzistości przerwana, zabrzmiała znowu prosta i surowa:

...Ciężko ci jest na świat iść, ciężko i odchodzić,

Miałby człowiek wolę chcieć, chciałby się nie rodzić.
Chciałby minąć wojnę tę, co się żywot mieni,
Chciałby sobie cicho spać u matuchny ziemi.
Pątowałem[1] po drogach, pątowałem w smutku;
Wiela było starości[2], a nie wiela skutku,
Teraz idę w wieczny mir, na ciche pokoje,

Teraz mi się naczną już miłe wczasy moje.

Nuta rwała się trochę, bo ludzie zmęczeni; dziad tylko podniosłszy na modre, świetliste powietrze czerwone oczy swoje, szeroko patrzał w niebo i śpiewał donośnie, też rozpoczął nową strofę suchym, cmentarnym głosem:

...Naciągałem się pługa, naciągałem brony.

Był ten zagon ciężkiemi potami zroszony;
Terazże mi nie trza już orać, ani siewać,

Teraz mi się wiecznego spocznienia nadziewać[3].
  1. Pielgrzymowałem.
  2. Starania.
  3. Spodziewać.