Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Franek się schylił, podniósł z ziemi stary lemiesz, a błyskając nim pod słońce, mówił:
— Panie miemiec! Patrzajta ino, jaki godny lemiesz! Oj nie mało on ziemi skroił... niemało skib odwalił... niemało chleba dobył, ale nam tera nic po nim, bo het precz grunt i gospodarkę przedajem, i ani my, ani dzieci po nas ziemi tej, tego pola, orać już nie będziem! Kupujta lemiesz!... Patrzta, jaki godny!
Śmiech buchnął na nowo w podwórku. Bodniak aż się za boki trzymał, aż mu oczy zachodziły łzami.
Głupi tymczasem chwycił płachtę lnianą, a trząsając nią, wołał:
— Hej!... Płachtę przedaję!... Patrzajta, co za płachta je!... Caluśka, bieluśka, na ołtarzu by ją można kłaść pod ten chleb janielski! Oj bywał ci w niej chleb janielski, bywał, ano to ziarno Boże pszeniczne a żytnie, co je gospodarz na tem polu siewał... Oj nie mało z niej ziarna w tę świętą ziemię poszło i niemało dobra z ziarna tego wyrosło... Dalej, kupujta, płachtę siewną, w kruchcie, w dzień Najświętszej Panienki siewnej poświęcaną.
I tera śmiech buchnął, ale cichszy jakiś. Łuczyna westchnęła nawet i pogładziła głowę naj-