Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rzyło mu się z czupryny, a język co nieco plątał. Bodniak, jako że sam gospodarzem na własnym szmacie ziemi nie siedział, do szwagra przykrość jakąś w sercu czuł i rad go poszczypywał słowem, bo zazdrosnych oczu był na cudze dobro. Ten tedy, rozkraczywszy się przed Frankiem, ręce w biodra wparł i niebardzo pewnie na nogach stojąc, rzekł:
— A i nie wiesz to głupi, co teraz chłopy, niby gospodarze, ze wszystkiego się wyprzedają, z domowizny, i też ze ziemi...
Chwyciła go czkawka, więc urwał.
Franek słuchał jakby ogłuszony.
— Ze ziemi... — powtórzył jak echo.
— Ze ziemi i z gruntu het precz, — ciągnął Bodniak — a idą głupi za morze...
— Za morze... — powtórzył Franek.
— Choć ta i suchoputna droga ponoć je, o trzy dni by nią człowiek ze Zagajnego zajechał... tyla, co o niej nie wiedzą...
— Nie wiedzą — powtórzył martwym głosem Franek.
— To ci tera het precz, licytacya... — mówił Bodniak, przełykając dręczącą go czkawkę — targowica... nie przymierzając, jak w kramie.
Podniósł rękę, czarniawym włosem zarosłą,