Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Uciekajta dzieci, miemiec idzie!
— A czegoż-to uciekać przed miemcem ? — pyta go chłop który.
— A bo przed miemcem, jak przed złym wiatrem, niema lepszej rady, ino uciekanie.
— Miemiec a śniedź — powiadał, — zarówno naszemu chlebowi przywarę czynią; ale że go śniedź nie tyle uszkodzi.
Spotyka go raz proboszcz.
— Cóż ty głupi? — pyta. — Drwisz, słyszę, bajki prawisz, że to nie żydy umęczyły Pana Jezusa, tylko Niemcy. Skądże to ty do takich rzeczy przychodzisz?
A Franek pilnie na księdza patrzy, a oczyma mruga, co zwykle czynił, kiedy go co niecierpliwiło.
Proboszcz odsapnął, bo tuszą miał piękną i męczył się mówieniem łatwo, a potem rzekł:
— To ci zapowiadam, żebyś mi takich bajek po wsiach nie puszczał! Rozumiesz? A na naukę do kościoła przychodź, żebyś nie żył jak to bydlę... Rozumiesz? Kto jak bydlę żyje, ten jak bydlę skończy... Rozumiesz?...
Franek uśmiechnął się, rzucił w bok skośne spojrzenie i pocałowawszy księdza w rękę, rzekł:
— Niech się ta jegomościulek nie frasują o głupiego! O głupim to ta sam Pan Bóg