Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


koby głosy do niego z ciszy onej mówiły, albo jakby gdzie na Anioł Pański dzwon bił.
— A i czego ty tak głupi słuchasz? — pytają go pastuchy, co się tam workami od chłodu naodziawszy, pod gruszą w „sitka” grali.
To im zrazu nie odrzeknie, jakby nie do niego.
Aż kiedy mu się uprzykrzą, raz i drugi pytając.
— A nie słyszycie to, smyki — mówi — jak ziemia gada?
— Jakże to? — pytają pastuchy, a w kułak się śmieją, że to im niby z głupiego uciecha. — To ziemia gada?
A Franek ręką po powietrzu wodzi, jakoby co pokazywał w wielkiem oddaleniu, na gęsiarków onych nie patrzy, tylko oczy na onej błękitności trzyma.
— Wszyściuśko co je i co było i co jeszcze za czasami będzie, wszyściuśko to wie ogień, wiater i ta ziemia. Ale że ziemia najmądrzejsza z tych trojga...
— Sitka! — woła cienkim głosikiem mały gęsiarek, rzuciwszy w górę miedziaka.
— Orzeł! — woła drugi.
Franek mówi dalej: