Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


noty na świat przejrzyta, kiej?... Już i Pan Jezus po światu chodził i apostoły chodziły, a wy nic. Jak te owce głupie!
I wodził po nich okiem pełnem zdumienia, żałości i gniewu, jak po barbarzyńcach, którymby światła przychylić chciał, jak po zaślepieńcach, którychby nawrócić pragnął.
Chłopi się śmieli.
— Dzita!...
— Dzisz go!...
— Na głupich my u głupiego wyszli!
Ale pacholęta, co tam w podpasanych rzemieniami sukmanach za ojcami biegły u chrustu pomagać, szeroko otwierały oczy, a szerzej jeszcze usta i patrzyły w „głupiego”, jak w tęczę. A kiedy przyszła wiosna i pierwszy grzmot zahuczał na bór czarny jeszcze, śniły się chłopiętom okrutne wojska Trzykrólowe, ich wielkie błyskawicowe miecze i król Balcer w złotym płaszczu i w złotej koronie i niejeden tam wyrostek ukradkiem z za węgła ku lasowi spogłądał, bo juści prawda, że się łomotali ogniście, jakoby wicher przeciw wichru szedł...
Czasem wszelako, ot tak z „dobra woli”, nagła tęskność do ludzi ogarniała Franka. Rzucał wtedy „ojca” i „matkę” i jak ot teraz, szedł, gdzie go oczy niosły, niewiedzieć naco