Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dziel to rusałczana, z której niewidzialna i samemu „głupiemu” nieznana prządka snuje szarą, niezmiernie długą i splątaną, zagmatwaną nić zadumy nad rzeczami, które niewiedzieć jak do mózgu tego wpadły i pracują tam bezświadomie a nieutrudzenie, to wybuchając jak płomień nagle i silne, to leżąc ciche i nieporuszone jako w roli ziarno leży siewne, na podzimiu pod skibę rzucone.
Głowa „głupiego”, z tą pracującą w niej na własny ład fantazyą, z tem nieuznaniem porządków świata i istnienie poza ich karbami, — to retorta, przez którą myśl przechodzi z pospolitych głów rozsądnych do głowy genialnej.
Lud wiejski, mimo że się z „głupiego” śmieje, instynktownie przecież otacza go poszanowaniem, zabobonnem niemal. „Głupi”, to u ludu tyleż prawie, co „mądry„, mądrzejszy może nawet od innych, tylko w inny sposób, tą mądrością, która nie jest z tego świata.
Czasem „głupi” nie jest głupi, jest tylko nieszczęśliwy. Wiadomo, „głupich” najwięcej „od rodu”, ale i to się znajduje po świecie, że chata komu ze wszystkiem do tła zgorzeje, albo mór gniazdo wybierze do ostatniej głowy, albo powódź rolę tak spłucze, tak wymuli, jakby jej nie było; to taki nieraz między „głu-