Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


obrzuciła oczyma całe to państwo i aż w ręce plasnęła od dziwu. Do brata nie poszła jednak. Bała mu się narazić, a rubel miał być wkrótce potrzebny. Dopiero kiedy przyszedł pierwszy, pokorna i milcząca wsunęła się do stancyjki krawca i stanęła, jak zwykle w progu.
I Froim jak zwykle mieszka dobył i siostrze papierek rublowy dał. Ale kiedy go w łokieć całować chciała, za rękę ją wziął w milczeniu, uliczkę przeszedł, w milczeniu Chaję po połowie placyku obwiódł i dopiero kiedy w czwartej miedzy stanęli, rzekł:
— Słuchaj Chaja. My jesteśmy dzieci od naszych rodziców i więcej nas niema. Mnie Bóg zarobku dał, a dzieci nie dał, a tobie Bóg dzieci dał, a zarobku nie dał. To jest źle...
Umilkł i zmarszczył się, jakby udzielając losowi surowej przygany.
Chaja poszlochała z cicha.
— Sz... sz... sz... — syknął Froim — Ty nie masz płakać teraz, ty masz mnie słuchać teraz.
Chaja natychmiast otarła ręką oczy, serce jej drżeć w piersi zaczęło.
— To jest źle — mówił dalej marszcząc wielkie czoło Froim. — Twoje dzieci są głodne i twój mąż jest głodny i ty jesteś głodna.