Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


służąca po jakiś zapomniany sprawunek kuchenny, czasem kazała śmieci wyrzucić, czasem drzazeg nałupać. No, i dostawał za to jaki ochłap mięsa, jaką skórę od słoniny, jaką bułkę starą.
I tym razem stanął, jak zwykle, skulony, niezdarny, z wielką swoją głową w ramiona wciśniętą, z szerokim, bladym uśmiechem kretyna, i trząsł się na swoich cienkich, w kabłąk zgiętych, nogach, chuchając w palce.
Wtem drzwi otworzyły się za nim, a na wązkim przesmyku, dzielącym próg kuchenny od schodów, stanęła, niosąc wodę, Józefowa.
Nigdy przeciwieństwo tych dwóch postaci nie uderzyło mnie silniej.
Zarumieniona od mrozu i szybkiego wejścia na strome i wysokie schody, z oczyma iskrzącemi zdrowiem i młodą siłą, z uśmiechem, pełnym życia na smagłej twarzy, stała tam za nim, szczupła i prosta, niepochylona dźwiganym ciężarem, gibocząc się lekko w biodrach, jedną stopą na progu, drugą na ostatnim schodzie, Karyatyda żywa, cudnego swojskiego pomysłu.