Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


coraz niżej, coraz niżej, aż dostawała się na rozłożyty w w tem miejscu brzeg rzeki. Zdejmowała wtedy konewki z kruków, składała sondy, a zatknąwszy brzeg wierzchnej spodnicy za pasek modrego fartucha, zanurzała stopy w bieżącą po nich z drobnym szmerem wodę, sięgając naturalniej cembrowiny, którą tam oddawna woziwody wybrały, a która na sinej powierzchni rzeki odznaczała się ciemniejszą plamą. Nabrawszy wody, zakładała sondy na ramiona, stawała między konewkami, chwytała je za uszy na żelazne kruki i gibocząc się lekko w biodrach, wysoka i prosta, w lipowem swojem jarzmie pod górę szła z opuszczonemi ramionami, przytrzymując pełne konwie, aby się z nich woda nie chlustała. Tak idąca, przypominała porównanie biblijne z „Pieśni nad pieśniami.“
Rosła jej postać odzianą była latem w krótką perkalikową spodnicę i luźny kaftan, który uwydatniał jej tors bogaty i odkrywał złotawą, nieco wzdętą szyję. Na szyi tej osadzona była niewielka, bardzo kształtna czarnowłosa głowa, z nizkiem, białem czołem i czerstwą, jędrną twarzą, której niezupełnie prawidłowe rysy oświetlane były błyskawicznie częstym, odkrywającym zdrowe i równe zęby uśmieche-