Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chwałę Panu Jezusowi i Matce jego Przenajświętszej...
Chłopak nie dawał się prosić, a razem z chlebem znikała i zawartość misy.
— Dobry barszcz, mamo — mówił wtedy.
Matka już od kilku chwil jadła coraz wolniej. Mieszała łyżką w talerzu, dmuchała w niego. Ale barszczu nie ubywało jakoś. Kiedy więc chłopak wymiótł co miał przed sobą i wąsiki runiejące wierzchem ręki otarł, pytała skwapliwie:
— A możebyś, synku, jeszcze... Mnie dziś coś nie bardzo jakoś...
Chciała mu dać poznać, że jej nie smakuje, ale bała się wyraźnem kłamstwem Boga obrazić, bo barszcz był doskonały.
— A no — mówił chłopak — kiedy mama nie je...
Podstawiała mu z pospiechem swój talerz, mówiąc:
— Jedz, dziecko, jedz! Na chwałę Panu Jezusowi...
Chłopak tedy znów się zabierał do łyżki po swojemu.
— Co mama chce od tego barszczu? — pytał. — To królewski barszcz!
— Byłby on, byłby, synku — opowiada-