Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wszyscy, przyznać to trzeba, bab tych niecierpieli.
Była tam pomiędzy niemi jedna — nazwiska jej przypomnieć już sobie nie mogę — która miała różę w nodze, odnawiającą się ciągle, i która, z małemi przerwami, siedziała w wiezieniu od lat bardzo dawnych. Kiedy ją wypuszczono po raz ostatni, obejrzała się na prawo, obejrzała się na lewo, a potem prosto poszła do Święto-Krzyzkiego kościoła i ściągnęła obrus z ołtarza.
— Nie z biedy, proszę pani! Niech mnie tak Bóg da zdrowie, jak miałam jeszcze całe cztery złote w kieszeni!
— I cóż wam z tego przyszło? — pytałam baby.
— A ot co? — baba na to — Musieli mnie wziąć. A co ja inszego będę na świecie robiła? Ni ja męża, ni ja dziecka, człowiek sam jeden, jak ten palec... A to już dwadzieścia siedm lat tu siedzę. I człowiek przywykł i człowieka znają, i kąt ma swój, i poszanowanie...
O mało żem się nie roześmiała, słysząc o tem poszanowaniu.
Strawę dostają aresztantki sporządzoną dość czysto i względnie wystarczającą. Groch, kasza, kapusta — naprzemian, w południe; dwa flinty chleba dziennie, rano jakaś zupa, też z kaszą, słowem mogą nie być głodne.
Trzy razy na tydzień dostają w krupniku tak zwane „sztuczki.” Sztuczki owe są niewielkie,