Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dze, skupione, cisnące się, zadumane nieraz. Uważałam, że najchętniej mówią o dzieciństwie swojem i o młodych lalach. Zdawałoby się, że te sponiewierane istoty mimowoli wracają myślą do chwil, w których jeszcze występnemi nie były. Mówiłam tedy z niemi o ich rodzinie, o rodzinnem miejscu, przypominałam im wieś, las, pole, żniwa, szkółkę. Nieraz też słuchałam opowiadań, które się zaczynały od kłamstw i wykrętów, a kończyły nierzadko we łzach i w prostocie słowa.
Większa część aresztantek lubi mówić dużo i mówi wcale gładko; niektóre z nich okazują wielką chętkę do książki, i wszelkich opowieści słuchają chciwie. Dopytują się też gorliwie bardzo o to, co się dzieje „na świecie,” a nawet politykują. Co prawda, polityka ta obraca się zwykle w sferze przewidywań nadzwyczajnych jakichś wydarzeń i płynących z nich manifestów, któreby skróciły termin ich kary.
Jest zwykle „w kamerze” jedna lub dwie polityczki takie, które kombinują wypadki europejskie w sposób najpocieszniejszy, podczas kiedy inne słuchają ich z otwartemi z podziwu ustami, a wszystkie te kombinacye zawsze wypadają w ten sposób, że czy tak, czy owak, manifest musi przyjść i wyroki zmniejszone będą.
Zdarzyło się raz, że przyniosłam z sobą „Zachwycenie” Lenartowicza i czytałam głośno. Zeszła się kobiet pełna izba, i słuchały z wielkiem zajęciem, które się objawiało głośnemi westchnie-