Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a rozdmuchnięta nagle powiewem uczucia wybucha niepowstrzymanie.
Odtąd niedziele były mniej posępnemi w „Serbii.“ Młodsze z uwięzionych jedna przed drugą wyuczyły się różnych pieśni; po inszy bywała nauka, niekiedy bardzo niedołężnie, przyznać trzeba, wypowiedziana; melodykon także stanowił pewne urozmaicenie; a wszystko to dawało na resztę dnia przedmiot rozmowy choć cokolwiek spokojniejszej, kojącej te rozdrażnione umysły względną pogodą.
Uwięzione nazywały zwykle towarzyszkę moją „pani hrabina,” co w ich przekonaniu i najwyższym zaszczytem było, i najlepiej malować miało ich uczucie wdzięczności dla osoby, która była prawdziwie ich opiekuńczym aniołem.
O mnie zaś, która im tyle dobrego zrobić nie mogłam, mówiły poprostu „nasza pani” i lgnęły do mnie dość łatwo.
Nie wszystkie jednak. Oddawna już uważałam, że jedna z aresztantek, niemłoda, z wiejska ubierająca się kobieta, trzyma się zawsze w pewnem oddaleniu, stojąc lub siedząc skulona pod piecem. Widziałam wszakże, iż od czasu do czasu zwraca głowę i słucha, co mówię z innemi.
Była to Szymczakowa, znana z procesu o liczne dzieciobójstwa, wspólniczka Szyfersowej, która wcześniej jakoś umiała się uwolnić z więzienia. Cały oddział miał Szymczakową w pogardzie; a inspektor nie wiedział, gdzie i jak ją