Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zamkniętą tam penitentkę, która koleżance swojej zrobiła dziurę w głowie szydłem przy wyplataniu krzeseł, to już po pół godzinie febra mnie trzęsła. Tapczan przytem bez siennika, obostrzenie postu — oto „Ciemna.”
Zakochany nasz jednak idzie tam na dwa tygodnie jak na bal; głowa do góry, spojrzenie wyzywające. Nie prosi o ulgę, nie prosi o skrócenie terminu, choćby nawet wiedział, że mu to udzielonem będzie. Przez cały ten czas, wybranka jego serca chodzi z dumnie podniesionem czołem, nastręcza się strażnikom ze swemi aroganckiemi minami, z najwyższą wzgardą spogląda na tak zwane „plastry”, to jest na trwożliwe i uległe koleżanki swoje, samemu nawet „Wielmożnemu” śmiało w oczy patrzy. Upływa wreszcie termin Ciemnej, a zakochany bohater staje się na pierwszej przechadzce w ogródku, przedmiotem powszechnej owacyi.
Ale i kobieta chce okazać, że wcale nie ustępuje wybranemu co do wielkości serca i odwagi. Nie czekając tedy, daje w twarz którejkolwiek z towarzyszek, rzuca się na rozbrajającego je strażnika, i naturalnie idzie także do „Ciemnej” odbyć swoją kolej, harda, nieugięta, nieprosząca o nic, i mężnie wytrzymuje swoje dwa tygodnie. Po takim eksperymencie następuje pomiędzy tem dwojgiem jakby jakiś sakramentalny związek serc, który rzadko kiedy zrywanym bywa, a otoczony jest szacunkiem towarzyszy i to-