Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że zdaje się, biczem przetrzasnąćby ją można. Wogóle czyni ona starego podobnym do oskubanego ptaka; a to tem bardziej, że niepodparta sztywnym fontaziem głowa, wydaje się, przy tej cienkiej, zwiędłej szyi, niepomiernie wielka i ciężka. Opada to na jedną, to na drugą, głęboko zaklęsłą jamę obojczyka.
Wesołość teraz wybucha na sali, jedni śmieją się dobrodusznie, drudzy złośliwie, poglądając przytem na Tödi-Mayera. Najlitościwsi kiwają głowami i uśmiechają się zlekka.
Ecce homo! — odzywa się kotlarz Kissling, który ma brata dozorcą w kantonalnej bibliotece i darmo czytuje książki.
Szeroki wybuch śmiechu przyjmuje to porównanie. Większość mniema, iż jest to przymówka do szczytu, wnoszącego się po za Mythenami, Dużym i Małym, który się „Ecce homo” zowie, w przeciwieństwie do sękatego Pilatusa; w zgromadzeniu są tacy, którzy górę tę widzieli zblizka.
Stary nie ma wprawdzie żadnego podobieństwa do jakiegokolwiek szczytu, ale jestto tem śmieszniejsze... Dalibóg, tem śmieszniejsze!
Jeden Tödi-Mayer nie bierze udziału w ogólnej wesołości. Okrągłe jego, wypukłe i błyszczące oczy obiegają postać starego nędzarza, jakgdyby każdą z jego wyschłych i struchlałych kości czyniły odpowiedzialną za tak wielki zawód. Oczyma temi świdruje go, jak fałszywy szeląg,