Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakto nie może? — njmuje się za sąsiadem Spengler. — Gmina musi wiedzieć co daje, a ten kto bierze, musi wiedzieć co bierze. To jasne!
— Jopa twoja? — pyta Tödi-Mayer zwracając się bezpośrednio do starego Kuntza.
Ale stary Kuntz nie słyszy.
Lewa jego powieka drży coraz silniej, spojrzenie słupieje. Widzi, jak syn oddala się i jak we drzwiach znika. W chwilę potem widzi go jeszcze przez otwarte okno i słyszy szczebiot dziecka: Idą... Przeszli.
Stary opuszcza głowę i trzęsie nią w milczeniu. Potem ściska powieki z całej, z całej siły. Coś mu źre oczy; słonego coś, gorzkiego... Źre i pali...
— Słyszysz, stary? — Powtarza Tödi-Mayer głośniej. Pożyczył ci kto jopy, czy własna?
Usłyszał wreszcie. Miesza się, spogląda po sobie, zaczyna szybko mrugać czerwonemi oczyma i rzuca ukradkiem spojrzenia w kąt, gdzie woźny stoi.
Tödi-Mayer uderza pięścią w balaski.
— Ależ to oszukaństwo! — wybucha gniewnie.
— Tak! Tak! — odzywa się kilka naraz głosów.
Szmer rośnie w sali; oburzenie udziela się wszystkim.
— Człowiek ma miłosierdzie — woła Tödi-Mayer, szeroko rozkładając wielkie czerwone ręce — bierze sobie za marny grosz taki ciężar na