Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale to tam nie Probsta robota, tylko żony! Żona jędza... — odzywa się głos z ławy.
— Baba z pod ciemnej gwiazdy! — dorzuca ktoś z kąta.
— Jak było, tak było — mówi Sprüngli — dość, że się stary Hänzli u niego powiesił...
— Musiało mu być słodko.
— Jakto? — woła rzeźnik Wettinger. — To ja takiego będę żywił, odziewał, dach mu nad głową dawał, za ten marny grosz z gminy, a do roboty nie będzie mi go wolno napędzić?
— No tak... Ale zawsze...
— Moi panowie — przerywa pan Radca — przystępujemy do ukończenia tej sprawy. Czas urzędowych osob jest ograniczony. Pan Sprüngli podał dwieście franków. Kto z panów licytuje in minus?
Cisza.
— Kto z panów licytuje? — pyta ponownie pan Radca. — Panie Sprüngli, namyślcie się, proszę.
— Jużem się namyślił. — rzecze Sprüngli. Mniej nie mogę, niźli dwieście franków.
Pan radca odwraca się od niego.
— Kto licytuje, panowie? Kto licytuje?
— Sto ośmdziesiąt pięć wezmę! — Mówi zwolna, cedząc zgłoski, piekarz Lorche. — Ale niech przynajmniej tę zimę w ubraniu swojem chodzi. U mnie ciepło.
Stary Wunderli spogląda po sobie najpierw, potem po sali i nagle drżeć zaczyna. Wydaje