Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zywać zbyteczny pospiech. Staliby tak do południa może, porozpierani na balaskach i biorący tabakę, ale pan Radca nie lubi przewlekłych posiedzeń.
— No, moi panowie — odzywa się on głośno. Czy przypatrzyliście się kandydatowi?
— A cóż mu się tam przypatrywać — odpowiada po małem milczeniu Kissling. Toć my go codzień widzimy. Stary ledwo dycha, nie uciągnie, nie dźwignie... Jak myślicie, szwagrze, zwrócił się do Faustyna Tröndi — będzie miał z ośmdziesiąt, albo i więcej?
Stary chrząknął. Ośmdziesiąt dwa skończył, ośmdziesiąt dwa... Ale uśmiecha się tylko i milczy...
— Ile macie lat, stary? — pyta go Tödi-Mayer.
Kuntz szybko mruga ku woźnemu okiem, a potem mówi:
— Siedmdziesiąt i cztery, kochanku! Siedmdziesiąt i cztery!
— A pokaż-no, stary, zęby? — odzywa się oberżysta z Mainau.
Kuntz znów rzuca szybkie spojrzenie na woźnego i rozszerzywszy zeschłe wargi, ukazuje wcale jeszcze zdrowe zęby.
Publika zaczyna się śmiać.
— Ho! ho! — mówi jeden — a toby i kość ugryzł.
— Chleba się nie zlęknie! — dodaje drugi.
Leu Peter, stolarz, przychyla się ku niemu.
— A machnij-no, stary, pięścią! Dalej!