Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/435

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bie nic współczesnego, mimo to, że temat ich nieraz współczesnym bywa; a ta archaiczność, ta ich pierwotność, ten brak szkoły, samouctwo i szukanie na własną rękę środków wypowiedzenia się w plastycznej formie, obok wybuchającej z nich poezyi żywej, mocnej, osobliwy urok nadaje tym bronzom, tym gipsom i tym marmurom. na których duch jego piętno swe położył, zapewniając im zupełnie odrębne miejsce w sztuce.
— „Wymajstrowałem — pisze poeta w jednym z listów swoich — figurkę św. Pawła, podobno, że najlepszą z moich dotychczasowych, a na odpoczynek biegałem do Giotta i Fra Angelica... Uczyniłem też do Danta piedestał à la Benvenuto. (Bagatela!).“
Podżartowywał tedy sam z siebie w punkcie, na którym mniejszy artysta i ciaśniejszy umysł pawiłby się w sto oczu, obróconych ku ludziom, czy go podziwiają.
Ale tak to już było u tego „małego mazura od Warszawy“, jak się sam żartobliwie przezywał w swych listach. Żadnej pretensyi, a wysokie aspiracje, dech w niebo poprostu; żadnej pozy, a wmarzenie się w piękność nieginącą; żadnej egzaltacyi, a zapał i ogień aż do strawienia się duszy — oto czynniki jego istoty, jako artysty i jako człowieka.
Przedmiotu rzeźb swoich nie pojmował Lenartowicz inaczej, jak w oświetleniu jakiegoś szczególnego psychicznego momentu, który mu