Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/433

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lichy cierpkie, gorzkie. Była to biesiada samotnika, który przy stole swoim nie ma, komuby rzekł: W ręce twoje, bracie! Rzeźba uśmiechała się urokiem plastycznej skończoności, dla której osiągnięcia twórca nie potrzebował pośrednictwa żadnego „edytora“ i której droga za góry, za morza na ściężaj była otwarta.



— „Wyprawiam do Warszawy — pisze mi Lenartowicz w jednym z listów — dwie małe moje figurki bronzowe, które cyzelując, opasany fartuchem, ręce mam oliwą pomazane. Mali moi koledzy (chłopaki bronzowni) kręcą się koło mnie, i to mi przyjemność sprawia. Wszystko ma swój rytm: i obracanie koła, i stukanie młotków, a fabryka, to także lutnia, i to seryo gadająca o poezyi pracy. E’ viva Dio....“
A w innym:
— „Siedzę po całych dniach z garścią wosku w ręku, z którego ulepiłem Danta, figurę, jak mi powiadają włochy, bardzo udaną: ja wiem, że lepsza od wszystkich moich poprzednich. Przez cały czas żyłem z tym wielkim wygnańcem i dużo mi naopowiadał.“
W słówku tem, rzuconem od niechcenia, uchwycony jest szczęśliwie cały charakter rzeźb Lenartowicza: opowiadają, mówią, są mówiące. Jeśli na zdobywanie techniki przez długie i mo-