Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/408

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakiekolwiek byłyby dziwactwa i nietakty, jakie popełni tak ujarzmiony i za wozem tryumfalnym artysty idący człowiek, zjawisko będzie zawsze niezmiernie ciekawem, a często podziwu i zazdrości godnem.
Gdy się do takiej zamkniętej pracowni dostaniesz, poznasz natychmiast, czy artysta przerósł człowieka na wysokość aspiracyi swoich, czy na szerokość fantazyi.
W pierwszym wypadku będzie pracownia albo celą mniszą, albo świątynią, wzniesioną znanemu, czy nieznanemu Bogu; w drugim — świątynią, wzniesioną samemu sobie.
W pierwszej artysta zaciera się i ginie; w drugiej wypełnia i rozpiera niemal ściany wybujałą indywidualnością własną.
W pierwszej jest artysta ofiarnikiem tylko, często nawet ofiarą, w drugiej — bóstwem samem.
W pierwszej panuje mistycyzm, w drugiej — panteizm. W pierwszej czuć myrrę, w drugiej — haszysz.
Mistrz, przyjmujący cię w pierwszej, mówi o dziele swem z cicha, tajemniczo niemal, jakby o czemś, co się przez niego wprawdzie, ale siłą czegoś po-nad nim bytującego staje. Objektywizm jego jest zupełny. Podziwiasz go? Nie spostrzega tego. Chwalisz? Nie rozumie ciebie.
Gdy mówi, spojrzenie jego spoczywa na tobie ulotnie, jakby wywołane z innego świata; niekiedy nawet wzrok jego pomija cię i zagłębia się