Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/406

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jutro, przyjść może do takiego skandalu, że artysta do dyabła odeśle koncessyonowanego nabywcę swego stupięćdziesiątego, na jeden temat malowanego i po wszystkich wystawach świata, aż do obrzydzenia, spopularyzowanego obrazu, a namaluje coś, o czem nawet wiedzieć nie będzie, czy to kto kupi, czy nie kupi, namaluje coś z duszy.
Taki gotów się zgubić dla cienia dawnej swobody.
Dla cienia tylko. Ona bowiem sama, z boską siłą swych wzlotów, z czarodziejską mocą swych natchnień, raz porzucona, nigdy już nie wraca. Jeszcze ów obraz malowany „z duszy” nie wyschnie, a już artysta będzie rozcierać farby do takiej-to a takiej wielkiej kompozycyi, dla takiego-to a takiego wielkiego kunsthändlera.
Ale prawdziwie ustalona i renomowana firma nigdy się na podobne dygressye nie puszcza. Ona często nie czuje nawet zależności własnej i dochodzi do takiego punktu filozofii życiowej, na którym pewną jest, że sama chce tego, czego chce skontraktowany nabywca obrazów. Tego samego, jako temat, jako rodzaj, jako format nawet.
I to jest ten błogi stan artystycznego kwietyzmu, w którym żyje się długo i dostatnio, coraz więcej zacieśniając zakres potrzeb ducha, a coraz więcej rozszerzając zakres popularności i tresury swojego talentu.