Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wielkie, daleko od siebie odsadzone rogi. Często przed parą takich wołów widać przyprzężonego dla przykładu konia. Koń ten miewa też wszystkie cechy pedagoga: jest chudy, na wpół ślepy, a sierć jego wytarta i mizerna dawno nic widziała zgrzebła. Przy wozie idzie woźnica, na którym znać, że po traktach i bitych drogach chodzi. Typ, kubrak, czapka, wszystko u niego kosmopolityczne.
Taki, choć po słowiańsku mówi, po szwabsku przecież klnie, a po włosku pluje. Przemówisz do niego, to ci odpowie: „jo, jo!” i tyle.
Męskiego pogłowia tych zapadłych mrowisk, z których baby ciągną, szukać trzeba nie między woźnicami. Trzeba go szukać po ulicach, między tymi przekupniami z trafu i z przygody, co to noszą na plecach koszyki, słomianki, sita, cebrzyki, blacharszczyznę, łyżki i chodaki, tudzież bukwice, krajczaki, cebulę pięknie uplecioną w warkocze, rybę w podrywce, suszeninę różną i konopne włókno. Taki idzie szczupły i prosty, lekkim i cichym chodem górali naszych, z silnie nasuniętym na oczy kłobukiem, czasem kawał baranicy na kołnierzu, czasem serdak owczy, czasem spencer z samodziału z parą świecących sprzączek. A bywa i to, że nic nie niesie zgoła, tylko węzełek jaki, kobiałczynę, albo torbę parcianą przez plecy, z której sterczy chleba okrajec i kozik, a on w siermiężce też parcianej, rzemieniem mocno ściśniętej, w postołach idzie ja-