Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„hej!” — i to nie zawsze, póki znów na nie szczęśliwa kolej nie przyjdzie. I dobrze tak jest. Milcząca baba aniby pół takiej drogi, jaką schodzi, nie zeszła, ani połowy brzemion, jakie dźwiga, nie podźwignęła. A kiedy się to gadaniem omaści, jedzie!
Typ baby jest różnolity. Insza będzie ta z Karstu, insza z Tyrnawskich borów, insza z zachodniego Pomorza. Od szczerosłowiańskich rysów, przez różne stopnie rasowych i plemiennych przymieszek, przechodzi aż w orli, starorzymski profil, a niejedna twarz śniada wygląda, jak w starej kamei cięta. Jest wszakże jeden rys naczelny, który te rozliczne typy pokrewnemi sobie na pierwszy rzut oka czyni: to jakiś rodzaj smętności, czy zadumania w oczach. Nie mówię o modrych i siwych, których tu najwięcej. W tych leży zawsze niemal cisza i pogoda, bardzo do jakiejś tęsknoty, do jakiejś melancholii podobna. Ale i w najczarniejszych nawet niema tego natarczywego migotania, tej przebiegłej ruchliwości, jakie są zwykłe czarnym oczom włoszek.
Ciężary swoje nosi baba przeważnie na głowie. Ztąd ten chód gibki, prosty, zrównoważony, ten silny pion linji grzbietu, te rozwinięte muskuły szyi, ten sprężysty spadek ramion, ten często powtarzający się typ doskonałej kolumny. Tylko bardzo, bardzo zaszłe w latach baby trzymają się pochyło, a brzemię swoje niosą na grzbiecie w płachtach. Te już sama ziemia ciągnie. Ale co z młodszych, to można tu co rano