Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/364

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale u baby z północy za to a zwłaszcza te wschodu, moc widać i zawziątek w twarzy taki, że choć kamień gryźć. Tak ją już bieda zuczyła.
Od zachodu idzie baba, już nie tak gęsto. Od zachodu idzie z Podsabotina, z Kopriwy, z Fary, z Podgory, z Majnicy. Idzie w krótkich spódnicach, w żółtej, na piersiach skrzyżowanej rogówce, w płytkich drewnianych trepkach i w szerokim fartuchu. Sączę, którą ma na drodze, przebywa latem w bród, a zimą po cienkim lodzie, jeśli most daleko, niesie ryby, perlice, kury, koguty, indyczki, które jej się w koszu na głowie trzepiąc rwą, biją, machają związanemi skrzydłami, piejąc i gdacząc, a ona, cała w kolorach rozchwianego pierza, idzie, jakby żywcem z holenderskiego obrazka wycięta.
Te są drogi babie zwykłe, powszednie, dla mleczarek, co bliższych, codzienne, jak rok długi, jak życie długie, na każdą pogodę.
Na wielki wszakże odpust, na jarmark, na gody, przybywa baba z znacznie dalszych mrowisk. Wtedy drogi jej sięgają na północ aż do Lubina, do Polubina, do Modrejca, do Podmelca, do Bogatina, do Magosta, do Dreżnicy, Krenu. Na wschód sięgają aż do Planiny, do Zakryża, do Wisnego, do Ustja, do Podlasi, do Ponikwy, Pobreża, i aż do Brestovicy, gdzie przed brzoskwami i wielkiemi srebrzystemi jesionami wprost świata nie widać.