Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


która na drodze tchu tego i tego brzasku stoi, zaczyna bez szelestu chwiać swoje pierzaste gałązki i powiewać lekkim pióropuszem swego wysmukłego czuba. Kilka cienkich, krótkich, urwanych nutek ptasiego świergotu odzywa się po gałązkach wiburnu, wzdłuż żywego płotu. Odzywa się i cichnie. Zaczuły ptaki dech dnia i przecknęły się, ale dzień daleko jeszcze.
Dzień daleko, a w ulicy słychać już tupot drewnianych podeszew i podkutych butów. To idą baby.
Jak wielbłąd jest okrętem pustyni, tak „baba” jest wielbłądem tych gór i tych dolin. Dwie trzecie tego wszystkiego, czego miastu do życia w ciągu dnia potrzeba, przynosi o świcie lub przed świtem — baba.
Baba może mieć lat sto, a może też mieć lat dwadzieścia albo i mniej jeszcze, to jej nie przeszkadza być babą. Jeśli tylko chodzić może — idzie; jeśli tylko ma co dźwignąć — dźwiga; jeśli może co przynieść — przynosi. Jak strumienie z gór spływają w dolinę, tak baby do Gorycji idą. Baba jest arterją ruchu zamiennego między okolicą a miastem. Tam, gdzie nietylko niema kolei, ale nawet traktów, gdzie wąska, urwista drożyna nie przepuszcza woza, gdzie na pełne kamieni wyboje chłop żałuje wołu, tam baba jest środkiem komunikacji, wytworzonym zarówno przez naturę gruntu, jak i przez obyczaj.
Baba nietylko przynosi wartości do miasta: ona jest sama wartością.