Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/354

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o ognie i o kantatę. Z ogniami ciężko poszło. Balwierz, który je czynić umiał, zażądał za swoją sztukę dwu bitych talarów, z czego ledwo, nastękawszy się, dyrektor tyle jeszcze utargował, że aktorowie darmo przez miesiąc mieli być goleni. Za to kantata jakby z nieba spadła. Przysłał ją anonimus jakiś, i właśnie próbować miano, czyli się do muzycznych instrumentów teatru nadaje. Próbują tedy, aż tu trombonista jeden, zaciąwszy się raz i drugi na jakimś kunstsztyku, jak nie krzyknie na cały rynek, w którym buda stała:
— Ki osieł to nabazgrał?... A wszak-ci tego żaden uczciwy chrześcianin nie wygra, chyba mu czart pomoże!...
A były czarty wówczas także w modzie.
Ledwo to powiedział, rrym!... padło coś na strychu, aż się tynki posypały przez szpary w pułapie. Przeżegnali się tedy zaraz ludzie, trombonisty nie wyjmując, który aż zbladł, obaczywszy, jak nieoględnie w złą chwilę moc nieczystą wspomniał. Ale nie była to moc nieczysta. Marschner to młody był, Heinz niebogi, który kantatę swą sekretnie do teatru posiawszy, sam się na strychu ukrył, aby posłyszeć, co też ludzie prawić o niej będą.
Jak gromem tedy rażony — gromy były, jak wiadomo, także nadzwyczajnie w modzie, — padł po owych słowach trombonisty i leżał czas długi, aż przywlókłszy się pod noc do ojcow-