Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chórów anielskich, ani ich muzyki słucha; biała broda mu się trzęsie, ciężko mu, jakby miał głaz na piersi...
A tam zdaleka, na najgłębszym planie, ledwo widni trzej królowie jadą. Jeszcze ich złotogłowy i barwiste szaty zadalekie, by ci w oczy biły. Tylko się przed nimi rozjaśniają cienie tak, jakby je kto rękoma na strony garnął; anioł ci jest, duch gwiezdny, co powietrzem płynie, rozdzielając zmierzchy i świecąc bożym kagankiem...
Taki jest moment jasełek Polidora i taki nastrój, zbudzony w duszy widza. Wrażenie jest niezwykłe, silne, zgoła nieoczekiwane przez tego, co tu na „szopkę” patrzeć szedł, a odchodzi tak przejęty, jakby się ot to wszystko, tu właśnie przed nim tylko co odbyło...
I to jest tryumf artysty.