Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i w oliwie; mniej bacznemu widzowi zdawaćby się nawet chwilami mogło, że są to karczochy albo główki ostu, ale bądź jak bądź, dziewczyny podziwiają je, a nawet oblizują się na nie.
Liczba tryumfatorów rośnie z każdą chwilą. Oto, łańczuszek do zegarka z cienkiego szpagatu! Oto dom zbudowany z korka i z drutu! Oto obraz! Obraz prześliczny, przez Giana Albaneti zrobiony. Nie poruszać tylko... Non toccare!... bo składa on się z kamyczków ułożonych na deseczce i zaraz się rozsypać może. A oto inne dziwy. Z przeplecionych z sobą paseczków bibułki wielki transparent z tytułem ochronki: „Asilo Infantile di San Frutuoso”, nie bez błędów, ale bardzo efektownie złożonym. Twórczyni tego wiekopomnego dzieła stoi przed niem wzruszona, zarumieniona, z błyszczącym wzrokiem i otwartemi ustami. Nic piękniejszego nie może sobie wyobrazić poprostu.
Z boku, śliczne baranki zrobione z waty i czterech zapałek, zdają się podzielać jej zachwyt, patrząc na transparent czarnemi szpileczkami, zręcznie zamiast oczu wsadzonemi w łepki, przypominające trociczki.
Tuż zaraz wielki garnitur mebli, wycinanych i giętych z tektury, tam winne grono na liściu z chleba, ówdzie ptaszek z gliny, rodzony brat tego, o którym piękna legenda mówi, że go mały Jezus ożywił tchnieniem i swiegocącego wypuścił w błękity. Tylko słuchać, jak zaśpiewa... O! już otwarł dzióbek...