Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzęczenie drobnej sygnaturki: tu w fuegańskiej wiosce dzwonią na „Mszę dzikich.”
Natychmiast wszystkiemi arterjami eleganckich dzielnic miasta zaczynają się zjeżdżać powozy, pełne pięknych pań i wytwornych panów. „Msza dzikich” należy do najmodniejszych i najbardziej upodobanych rozrywek sezonu. Zastosowano nawet do niej pewną ściśle określoną tualetę: dla panów popielate garnitury i miękkie kastory, dla dam czarne kaszmiry, czarne koronki i jaknajprzezroczystsze woale. Do tego lekka, ale to zupełnie lekka, także jaknajprzezroczystsza zaduma, z domieszką jeszcze — jeśli podobna — lżejszej samoironji dla panów: (gruba ironja zostawia się wyłącznie na użytek służby siedzącej na kozłach i plującej na lewo i prawo); dla pań zaś — głęboko, ale to jak najgłębiej opuszczone rzęsy, i drobny, nerwowy ruch czarnego wachlarza. Ylang i Yxora zarówno są przyjęte.
Ty wszakże, jeśli nie należysz do eleganckiej publiczności, możesz uprzedzić zjazd wielkiego świata i nie odważając ciekawości swojej na gramy, pełnem spojrzeniem objąć wioskę dzikich.
Jest to wielki czworobok szałasów, pokrytych niewyprawnemi skórami, zasłanych mchem, obwieszonych rybackim i łowieckim statkiem. Przed szałasami kości i szkielety upolowanych zwierząt, tudzież dzieci, do małpiąt podobne, odziane w delikatne, z kokieteryą matczyną obwią-