Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszelkiej umiejętności, przechodzącej z dziedziny rozpraw na tory praktyki. Słuchano też bardzo ciekawie tak barona Sant’ Anna Neny, dowodzącego, iż w Ameryce, a mianowicie w Brazylii, Włochy za lat kilka będą miały kwitnące i bogate kolonje, jak i podróżnika Candeo, przybywającego z Afryki, gdzie cała Italja ma wytężone oczy na swoją „Eritreę.” Podkładem niezmiernie ciekawym do tych konferencyj była bogata wystawa geograficzna, urządzona przeważnie z rzeczy współczesnych, z okazów wzrastającej siły kolonjalnej Włoch, lubo nie brakło jej pysznego zbioru starych map, globusów i innych osobliwości tego rodzaju, o których, gdyby pisać, mało byłoby i tej bawolej skóry, służącej za tarczę broniącym się przed włoską cywilizacyą biednym, wolnym pokoleniom, które i bez tej cywilizacyi dość są nieszczęśliwe.
Równocześnie z kongresem geograficznym odbywał się tu wielki międzynarodowy kongres historyczny. Sala jego posiedzeń zawsze była pełna. Co mówię! — zapchana po brzegi. Nie znaczy to bynajmniej, aby zamiłowanie do nauk historycznych kwitło tu w jakiś osobliwy sposób. Wcale nie. Jedna połowa tłumu szła po to, żeby zobaczyć otwartą dla kongresu tego wspaniałą historyczną salę „San Giorgio,” a druga, żeby zobaczyć damy. Damy, a raczej jedna dama, panna Zofja Moelles z Chrystjanji, należała już wprawdzie do szczęśliwie ukończonego