Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


torem było jego własne serce, małe, mocno bijące dumą i nadzieją serce.
Można sobie wyobrazić wzruszenie biedaka, kiedy u wejścia do galerji rozległ się szmer: „La Regina! La Regina!” Schylił się, poczerwieniał, pobladł, a jego mała maszynka zaczęła się trząść konwulsyjnie, wyrzucając ćwieczki coraz szybciej... szybciej...
Królowa się zbliżała. Pan syndyk prowadził ją od wielkich motorów wertykalnych firmy Cravero do olbrzymich lawet z odlewni w Asaldo, od potężnych machin elektro-dynamicznych do lokomotyw najciekawszej konstrukcji. Jasny głos królowej przenikał coraz bliżej, kolana i powieki małego człowieczka trzęsły się na wyścigi z jego małą maszynką; trzęsła się jego zdrowa ręka, a pusty rękaw za kubrak zatknięty i ten trząsł się także. Jak o życie szło teraz, aby królowa spojrzała na lecące gradem ćwieczki.
Królowa się zbliżała. Gdyby oczy podniósł, zobaczyłby tuż tuż jej niebieską suknię. Ale nie śmiał oczu podnieść. Pan syndyk tymczasem objaśniał królowę:
— Oto jest olbrzym naszej artylerji: Rosset, dzieło arsenału turyńskiego. Oto model ulepszonej mitraljezy. Oto pociski torpedowe najświeższej konstrukcji. Oto...
Mały człowieczek nie słuchał dalej. Jasny, najjaśniejszy głos królowej zabrzmiał mu jak słowicze pienie: