Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ogłuszająca kanonada odpowiada sygnałami, każdy z okrętów daje sto jeden wystrzałów. Jest to bezustanne migotanie wielkiej wstęgi ognia wzdłuż wszystkich strzelnic naraz; a huk tak potężny i takie dymów wybuchy, że niebo, ziemia i morze nikną w nich z przed oczu. Nikt nic już teraz nie wie, nie słyszy, nie widzi i gdyby w tej chwili ta szalona kanonada wysadziła port w powietrze, nikt nie czuł by tego. Dość powiedzieć, że dano w przeciągu kilku minut przeszło 1500 armatnich wystrzałów. Kiedy nareszcie ucichło i dymy rozwiały się nieco, w kłębach ich, opadających w morze, jak wielkie bukiety róż białych, ukazał się na czele nieobjętej okiem flotyli, wielki yacht o błękitnej fladze sabaudzkiej.
Była to „Savoja,” która wiozła króla. „Il Re!” przebiegło nagle przez tłumy jednym potężnym okrzykiem. A wtedy zagrzmiał nad Genuą stary dzwon „Della Torre,” który tu jeszcze dożom na trjumfy bił, a za nim uderzyły w ogromny chorał wszystkie dzwony miasta. Yacht płynął zwolna. I to była chwila najsilniejsza w swojej prostej ekspresji.
Pomijam tedy chętnie wszystko, co przyszło po niej. Ceremonję powitań, muzykę, wiwaty, defiladę powozów, falowanie tłumów, okrzyki publiczności, uprzejme ukłony króla, pomijam nawet tyle sławione przez wszystkich uśmiechy królowej, i chętnie zatrzymuję się na tym py-