Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


płacone, dałoby się zebrać w fartuszek. A przecież i tak daje sobie radę.
Zrazu zaniosło się to na wielkie rzeczy. Kiedy przed dwoma laty powstała myśl urządzenia wystawy sztuk i przemysłu na obchód wielkiego czterechsetlecia ery kolumbowej, inicyator myśli tej, signor Enrico Cranero, człowiek tak niemal popularny w tych rzeczach, jak u nas hr. Ludwik Krasiński, sam przemysłowiec, a zarazem prezes Towarzystwa sztuki rękodzieł, zażądał od ówczesnego ministeryum Crispi czteromilionowej subwencyi.
Była to epoka pierwszego, że tak powiem, rozpędu, wielkich marzeń o zasypaniu ledwie sączącego wody swe Bisagua, o stworzeniu nowego terenu pod projektowaną wystawę, dla której istotnie w ciasnej nad wyraz Genui miejsca nie było, a w następstwie o umożliwieniu rozrostu miasta we wschodniej jego części.
Ale ministeryum Crispi nie było szczęśliwszem, niż te, które je poprzedziły i te, które przyszły po nim: nie miało pieniędzy. Suma była poważna, sukces, wobec szykującej się wystawy palermitańskiej, wątpliwy, oddano tedy wielkie pochwały projektowi pana Cranero, zupełnie tak, jak się je oddaje nieboszczykom, i złożono sprawę ad acta. Ale sprawa umrzeć nie chciała. Miała ona w sobie tę żywotność, która chce być, chce stać się, chce istnieć.