Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzaju wojskowego biura, w połączeniu z koszarami. Przyprowadzono właśnie więźniów; oficer odbierający partyę liczył ich i załatwiał formalności wstępne.
Kilka kobiet z miasta oczekiwało wraz ze mną w wielkiej sali, gdzie na ławach kamiennych, wpuszczonych w głębokie framugi okienne, a przypominających kanonickie stalle, siedziało kilkunastu żołnierzy, zajętych pisaniem i czytaniem. Młody jeden sołdat, przechadzał się, gwiżdżąc wesoło i spluwając przez zęby, to na prawą, to na lewą stronę.
— Wy nic nie robicie? — zahazardowalam nieśmiało pytanie.
— A co robić? — odparł mi na to. — Teraz wolna etaka godzina.
— A cóż drudzy robią? — rzekłam dalej.
— Listy piszą do domu i do rodziny.
— A wy rodziny nie macie?
— I u mnie jest rodzina. Matka jest, siostry...
— A zkąd wy?
— Zdaleka.
— To pewno i matka i siostry czekają na słówko jakie od was.
Młody sołdat za całą odpowiedź zaczął mocniej jeszcze gwizdać. Po chwili wszakże przystanął u okna i popatrzał przez nie, podszedł w jeden kąt, potem w drugi, nareszcie czołem się o piec wsparł, i zaczął mocno ucierać nos palca-