Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sam kradł, i kuma Jędrzejowa też przyświadczyli, i stróżka...
Zamilkł i westchnął ciężko, głębiej jeszcze wtulając głowę między ramiona.
— I dobrze ci tu jest?
— Dobrze — odrzekł i znów westchnął, aż się więzienna gunia podniosła na jego szczupłej, dziecięcej piersi.
O prawo! jakie ty winy karzesz! Najstarszy był żydek. Szczupły, czarnooki, trzymał w ręku książkę, z wyobrażeniem jakiegoś przedpotowego mastadonta, ale oczyma bystro rzucał na wszystkie strony, jakby szukając szpary, przez którąby mógł czmychnąć.
Z pozostałych, zwrócił jeszcze moją uwagę blady, mocno piegowaty, rudy chłopak, dość tęgiej budowy, którego szare, małe oczki, migotały pod żółtemi rzęsami. Był to typ prawdziwego „andrusa.” Co słowo powiedział, to się w piersi tłukł ściśniętą pięścią, dodając za każdym razem: „jak Boga kocham, proszę wielmożnego pana.” Byt to dezerter z Osad, złapany na ponownem przestępstwie.
Zbyt długo jednak może zatrzymuję cię, czytelniczko, w arsenale, gdzie, jak widzisz, kobiet niema. Bywają jednak! Ale dzień, w którym bywają, jest dniem płaczu i zgrzytania zębów...
Kiedy już termin zsyłki oznaczonym został i partya zebraną, odprowadzają aresztantki do arsenału, strzygą im włosy, dają po dwie koszule