Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


razem cierpienia w oczach. Usiadłam na chwilę przy jednym z Łych ostatnich, na wolnym brzeżku ławy, i chciałam do niego przemówić, kiedy strażnik chwycił go za ramię i podniósł na równe nogi. To odjęło mi ochotę do rozmowy, a na twarz więźnia wywołało nagłą czerwoność, ale regulaminowi słało się zadosyć. Więzień poznał prawidło grzeczności. Charakterystycznem jest, że podczas, kiedy twarze uwięzionych kobiet są — z małemi wyjątkami — głupowate, owcze, że tak rzekę, wyraz oblicza uwięzionych mężczyzn jest — także ogólnie biorąc — jakiś dziki, bolesny, wytężony, a nierzadko strachem przejmuje. Zdawałoby się, że utrata swobody ruchu i samodzielności musi być większą karą dla mężczyzn, których życia istotę stanowi, niźli dla kobiet, które się i na wolności łatwiej bez nich obchodzą. Tkactwo i przędzenie zatrudnia przeszło dwustu więźniów — przedtem jest jeszcze warsztat stolarski, gdzie się wyrabiają bardzo piękne rzeczy; tokarnia, warsztat krawiecki, szewcki i bednarski. Te trzy ostatnie, zaopatrują tylko potrzeby więzienne. Nie wszyscy przecież więźniowie znajdują w warsztatach zatrudnienie.
Po kilku, po kilkunastu nawet, siedzi bezczynnie w izbach sypialnych — czasowo wzywani tylko, do robót takich, jak szorowanie izb, pranie, kopanie, i t. p. Pan nadzorca ma zamiar rozprzestrzenić warsztaty arsenału i wszystkim uwięzionym dać dobrodziejstwo pracy. Niechby