Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mało, napracowała, nim się jej dziecinki najadły i spać poszły.
Już też i słonko się zniżyło nad pola, nad łąki i chłopcy wracali do domu, niosąc to kwiatki śliczne, to borówki, to rydze w koszyczku. Tadzio, jako chłopczyk starszy, to tylko na kijek sobie wierzchem siądzie i jedzie, aż się za nim kurzy; ale Janek ledwo idzie, tak go nóżki bolą. Płakałby nawet i już mu się buzia sama krzywi, ale się boi, żeby mu jaskółeczka znów o tych dudkach nie zaśpiewała.
A jaskółeczka do samej bramy naprzeciw chłopców wylatuje i tak im szczebioce:

Siwe gołębie leciały,

O mego Janka pytały:
A gdzie ten Janek nieboże,

Co zajść do domu nie może?

Nie może? — mówił sobie Janek. — Oho! poczekajno moja pani! Zaraz ja ci pokażę, jakim to ja mocny! I zbierał się, co tylko siły miał w nóżkach i biegł za Tadziem wesoło, nibyto udając małego źrebaczka.
A tam już przed domem był stół ustawiony, a na nim mleko, chlebek, bułeczki.