Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziej niż sam przypuszczał, powiadając: „Ja nic nie wiem co on robi, nie znam jego życia“.
Przerwijmy na chwilę opowiadanie, aby je podjąć zaraz po tym nawiasie, który otwieramy w chwili gdy p. de Charlus, Brichot i ja zbliżamy się do siedziby pani Verdurin, i powiedzmy, że w istocie niedługo przed tym wieczorem pogrążył barona w boleści i zdumieniu list, który p. de Charlus otworzył przez nieuwagę, list zaadresowany do Morela, ów list, który rykoszetem miał znów mnie zadać okrutne cierpienia, pisany był przez aktorkę Leę, sławną ze swego wyłącznego gustu do kobiet. P. de Charlus nie podejrzewał nawet, że Morel ją zna: otóż, jej list do Morela pisany był w tonie wręcz namiętnym. Plugastwo tego listu nie pozwala go tu przytoczyć, zaznaczmy tylko, że Lea, mówiąc do Morela, posługiwała się stale rodzajem żeńskim, pisząc: „och, ty świntuszko!“ albo: ukochana, cudna, ty przynajmniej jesteś nasza, jesteś z tych co etc. I była w tym liście mowa o wielu innych kobietach, najwidoczniej równie zażyłych z Morelem jak z Leą. Z drugiej strony, drwiny Morela na temat pana de Charlus, a Lei na temat oficera, który ją utrzymywał a o którym mówiła: „Błaga mnie w listach, żebym mu była wierna! Ty coś wiesz o tem, moja ty kotuśko“, odsłaniały panu de Charlus rzeczywistość równie przez niego niepodejrzewaną jak stosunki Morela z Leą — tak specjalne. Wstrząsnęły zwłaszcza barona słowa: „je-