Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się oddalić, zanim mnie Brichot spostrzeże. Wskutek tego, woźnica podjechał za nami i spytał czy ma zajechać po mnie. Powiedziałem spiesznie że tak, zdwajając jeszcze objawy szacunku dla uczonego przybyłego omnibusem.
— A, pan przyjechał fiakrem — rzekł z surową miną Brichot.
— Mój Boże, całkiem przypadkowo, to mi się nie zdarza nigdy. Zawsze wędruję omnibusem lub pieszo. Ale to mi zapewni może wysoki zaszczyt odwiezienia pana wieczorem, jeżeli się pan zgodzi wsiąść do tego gruchotu. Będzie nam trochę ciasno, ale pan jest dla mnie tak łaskawy...
Niestety, czyniąc profesorowi tę propozycję, nie wyrzekam się niczego (pomyślałem), bo i tak muszę wracać z powodu Albertyny. Jej obecność w domu, w porze gdy nikt nie mógł jej odwiedzić, pozwalała mi rozporządzać swoim czasem równie swobodnie co popołudniu, kiedy, siedząc przy fortepianie, wiedziałem że Albertyna wróci z Trocadero i kiedy mi nie było spieszno ją ujrzeć. Ale koniec końców tak samo jak popołudniu czułem że mam kobietę i że za powrotem nie zaznam krzepiącej podniety samotności.
— Przyjmuję chętnie — odparł Brichot. W epoce, którą pan wspomina, przyjaciele nasi zajmowali przy ulicy Montalivet wspaniały parterowy pałacyk z antresolą od ogrodu, mniej zbytkowny