Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nywanej w nich pracy umieszcza się nikłe agonizujące zwierzątko w najwspanialszych przyrządach. Podałem ramię nawpół niewidomemu profesorowi, aby podeprzeć jego kroki. „Tym razem nie koło wielkiego Cherburga spotykamy się, ale koło małej Dunkierki“, powiedział, a zdanie to wydało mi się bardzo nudne, bo nie wiedziałem co ma oznaczać; ale nie śmiałem pytać Brichota, przez obawę nietyle jego pogardy ile jego wyjaśnień. Odpowiedziałem, że dość jestem ciekawy ujrzeć salon, gdzie Swann spotykał niegdyś co wieczór Odetę. „Jakto, pan zna te stare historje? rzekł profesor. Toż od tego czasu do śmierci Swanna upłynęło to, co poeta nazywa słusznie: „Grande spatium mortalis aevi“.
Śmierć Swanna wstrząsnęła mną w owym czasie. Śmierć Swanna! Swann nie grał w tem zdaniu roli prostego genetivu. Rozumiem przez to śmierć poszczególną, śmierć zesłaną przez los dla obsługi Swanna. Bo powiadamy dla uproszczenia „śmierć“; ale jest prawie tyleż śmierci co osób. Nie posiadamy zmysłu, któryby nam pozwolił widzieć owe śmierci, biegające z rozmaitą chyżością we wszystkich kierunkach; śmierci czynne, kierowane przez los ku jakiemuś kandydatowi. Często są to śmierci, które całkowicie wywiążą się ze swego zadania aż za dwa lub trzy lata. Biegną szybko zaszczepić raka w łonie jakiegoś Swanna; potem spieszą do innych czynności, wracając