Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w rękach, robił wrażenie młodego człowieka; z pod płaszcza mignęło coś białego, ujrzałem ze zdziwieniem, że jest we fraku i w białym krawacie. Słysząc mnie, odkrył twarz zalaną łzami, ale poznawszy mnie, odwrócił ją natychmiast. Był to Morel. Zrozumiał, żem go poznał i starając się wstrzymać łzy, powiedział, że musiał przystanąć chwilę, tak bardzo cierpi. „Znieważyłem dziś brutalnie — rzekł — osobę, do której byłem szczerze przywiązany. To jest podłe, bo ona mnie kocha. — Z czasem zapomni może“, odparłem, zdradzając mimowoli, żem słyszał popołudniową scenę. Ale Morel był tak pochłonięty zgryzotą, że nie przyszło mu to nawet na myśl. „Ona może zapomni — rzekł — ale ja nie zapomnę. Mam uczucie hańby, wstręt do siebie! Ale stało się, nic nie sprawi aby się odstało. Kiedy mnie kto rozgniewa, sam nie wiem już co robię. A to mi tak szkodzi, jestem istny kłębek nerwów“. Bo Morel, jak wszyscy neurastenicy, bardzo dbał o swoje zdrowie. Jeżeli popołudniu widziałem miłosną wściekłość rozjuszonego zwierzęcia, do wieczora w ciągu kilku godzin minęły wieki: nowe uczucie wstydu, żalu, zgryzoty, świadczyło o wielkim etapie w ewolucji zwierzęcia, mającego się kiedyś przeobrazić w ludzką istotę. Mimo wszystko słyszałem ciągle: „ździro zatracena“, i bałem się rychłego nawrotu dzikości. Bardzo zresztą niejasne było mi to co się stało, co jest o tyle zrozumialsze, że sam p. de