Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciłem do kosza. Ale zmieniłem zamiar na ten wieczór, bo chciałem sprawdzić, kogo Albertyna spodziewała się spotkać u nich popołudniu. Prawdę mówiąc, doszedłem z Albertyną do tego punktu, kiedy, o ile wszystko idzie prawidłowo, w normalnym trybie, kobieta służy nam już tylko za przejście do innej kobiety. Trzyma nas jeszcze za serce, ale mało; pilno nam spieszyć co wieczora aby spotkać nieznajome, a zwłaszcza nieznajome które ona zna, zdolne opowiedzieć nam jej życie. Co do mej samej, posiedliśmy ją już, wyczerpaliśmy wszystko co zechciała nam oddać z siebie. Jej życie, to jeszcze ona sama, ale właśnie ta część której me znamy, rzeczy o które próżnośmy ją pytali i które zdołamy zebrać na nowych ustach.
Jeżeli moje życie z Albertyną miało mnie pozbawić Wenecji, podróży, mógłbym choć teraz, gdybym był sam, poznać młode midinetki rozsypane w blasku słonecznym tej pięknej niedzieli, istoty, których piękność tkwiła dla mnie w znacznej mierze w ożywiającem je nieznanem życiu. Czyż oczy, które widzimy, nie są przeniknione spojrzeniem, którego obrazów, wspomnień, nadziei, wzgard, zawartych w tem spojrzeniu i od niego nieodłącznych — nie znamy? Owa egzystencja, będąca życiem przechodzącej istoty, czyż nie zmienia — zależnie od tego czem jest — wartości zmarszczenia tych brwi, rozdęcia nozdrzy? Obecność Albertyny pozbawiała mnie możności podejścia do nich