Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ukazując nam coś, czegośmy nigdy nie widzieli. Przegrywając ów takt, mimo iż Vanteuil wyrażał w nim marzenie całkowicie obce Wagnerowi, mimowoli szepnąłem: „Tristan“, z uśmiechem jaki ma przyjaciel rodziny, odnajdując coś z dziadka w intonacji i geście wnuka, który dziadka nie znał. I tak jak się spogląda wówczas na fotografję, pozwalającą ustalić podobieństwo, tak ja na sonacie Vinteuila umieściłem na pulpicie partycję Tristana, którego fragmenty dawano właśnie tego popołudnia na koncercie Lamoureux. W podziwie dla mistrza z Bayreuth nie przeszkadzał mi żaden skrupuł owych ludzi, którym, jak Nietzschemu, obowiązek każe uciekać, tak w sztuce jak w życiu, od piękności która ich kusi. Tacy, wydzierając się Tristanowi jak zapierają się Parsivala, przez duchową ascezę, z umartwienia w umartwienie, dochodzą, krocząc najkrwawszą drogą krzyżową, do wzniesienia się do czystego poznania oraz do doskonałego ubóstwienia... Pocztyljona z Longjumeau. Zdawałem sobie sprawę ze wszystkiego co jest realnego w dziele Wagnera, przechodząc owe uparte i ulotne tematy, które nawiedzają jakiś akt, oddalają się jedynie poto aby wrócić, i czasami odległe, uśpione, prawie oderwane, stają się w innych momentach, mimo iż zamglone, tak natarczywe i bliskie, tak wewnętrzne, tak organiczne, tak wnikające do trzewi, iż możnaby rzec, że to jest nawrót nietyle motywu ile newralgji.