Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


moich oczach całą swoją ważność. Widząc łatwość z jaką je odwróciłem, dziwiłem się, iż mogłem wątpić o tem. Odczułem żywą wdzięczność dla Albertyny, która — miałem tego dowód — nie poszła do Trocadero dla przyjaciółek Lei i która, opuszczając spektakl i wracając na moje skinienie, okazywała że należy do mnie więcej niż sobie wyobrażałem. Wdzięczność ta wzrosła jeszcze, kiedy goniec przyniósł mi od Albertyny bilecik proszący o cierpliwość i zawierający owe serdeczne zwroty, które jej były właściwe. „Drogi mój najdroższy Marcelu, przybywam mniej szybko niż ten cyklista, któremu chciałabym zabrać jego gruchot, aby być prędzej przy tobie. Jak możesz przypuszczać, że się gniewam i że mogłoby mnie coś cieszyć więcej niż być z tobą? Jak miło będzie pojechać na spacer we dwoje, a jeszcze przyjemniej byłoby nigdy nie być inaczej niż we dwoje. Co tobie do głowy przychodzi? Ach, ten Marcel! ten Marcel! Cała twoja — twoja Albertyna.
Suknie które jej kupowałem, jacht o którym jej mówiłem, peniuary Fortuny’ego, wszystko to, mając w tem posłuszeństwie Albertyny nie swoją kompensatę ale swoje dopełnienie, wydawało mi się niby zbiorem moich przywilejów; obowiązki bowiem i ciężary pana stanowią część jego panowania i określają go, dowodzą, tyleż co jego prawa. I te prawa, które mi Albertyna przyznawała, dawały właśnie moim ciężarom ich istotny charakter: