Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ny nic przydać jej mizernej oczywistości, nie miał już współpracownicy w mojej wyobraźni. Popadłszy w bezwład realności, próbowałem odskoczyć; nie zauważona w sklepie twarzyczka wydała mi się tak ładna, że mnie aż onieśmieliła; aby sobie przydać odwagi, rzekłem: „Może panienka zechce podać mi Figaro, które tam leży; muszę sprawdzić, jak się nazywa miejsce, dokąd chcę panienkę posłać“. Biorąc gazetę, odwinęła do łokcia czerwony rękaw żakietu i podała mi konserwatywny dziennik zręcznym i wdzięcznym gestem, ujmującym swobodną zwinnością, miękkością i barwą szkarłatu. Przeglądając Figaro, równocześnie, aby coś rzec, spytałem nie podnosząc oczu: „Jak się nazywa to co panienka ma, ten czerwony trykot, to bardzo ładne“. Odpowiedziała: „Golf“. Bo w procesie degradacji właściwej wszystkim modom, stroje i mody stanowiące przed kilku laty przywilej eleganckiego stosunkowo świata przyjaciółek Albertyny, obecnie stały się udziałem robotnic. „Czy toby panience naprawdę nie szkodziło — rzekłem, udając że czegoś szukam w Figarze — gdybym panienkę posłał choćby trochę daleko?“ Z chwilą gdy okazałem że uważam żądany kurs za coś uciążliwego, zaraz i ona zaczęła robić trudności.
— Bo... miałam się trochę przejechać na rowerze. Cóż, my mamy tylko niedzielę...
— Ale czy panience nie zimno tak z gołą głową?