Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie. Toteż najszczerzej mogłem odpowiedzieć Albertynie: „Przeciwnie, lubię te krzyki, bo wiem że ty je lubisz!“
„Ostrygi, prosto z morza, ostrygi!“
— Och! ostrygi, taką miałam na nie ochotę!
Szczęściem, Albertyna przez zmienność lub przez uległość zapominała szybko swoich pragnień, i zanim miałem czas jej powiedzieć, że znajdzie lepsze ostrygi u Pruniera, chciała kolejno wszystkiego co oznajmiały wykrzykiwania handlarki ryb.
— Krewetki, dobre krewetki, mam reje żywe, żywe reje. — Merlany do smażenia, do smażenia. — Przyszły makrele, makrele świeże, świe-e-że. — Makrele dla pań, piękne makrele. — Mule świeże, dobre, mule, mule!
Mimowoli, wołanie: „Przyszły makrele“ przejęło mnie dreszczem. Makrela, makrot... Ale ponieważ ta reklama nie mogła się odnosić do naszego szofera, myślałem tylko o rybie (której nie cierpiałem) i niepokój mój nie trwał długo. „Och! mule! — mówiła Albertyna — mam ochotę na mule. — Kochanie, to było dobre w Balbec, ale tutaj to nic nie warte! zresztą, proszę cię, przypomnij sobie, co Cottard mówił o mulach“. Ale moja uwaga była tem bardziej niewczesna, że już następna przekupka oznajmiała coś, czego Cottard jeszcze surowiej zabraniał:

Sałata rzymska, sałata!