Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Och, ja wiem — rzekła Albertyna — że tybyś mnie nie przeżył ani o dwa dni, żebyś się zabił.
W ten sposób wymienialiśmy kłamliwe słowa. Ale prawda głębsza niż ta którąbyśmy sobie powiedzieli, gdybyśmy byli szczerzy, może czasami wyrazić się inną drogą niż droga szczerości. „Czy ci nie przeszkadzają wszystkie te uliczne hałasy — spytała. — Ja je ubóstwiam. Ale ty masz sen tak lekki!“ Miałem przeciwnie czasem sen bardzo głęboki (wspominałem już o tem, ale wypadek, który nastąpi, każe mi przypomnieć tę okoliczność), zwłaszcza kiedym zasnął aż rano. Ponieważ taki sen był — przeciętnie — cztery razy bardziej krzepiący, wydaje się on śpiącemu cztery razy dłuższy, wówczas gdy był cztery razy krótszy. Wspaniała omyłka pomnożenia przez 16, która daje przebudzeniu tyle uroku i wnosi w nasze życie istną odnowę, podobną do owych wielkich zmian rytmu sprawiających w muzyce, że w andante ósemka trwa tak długo jak cała nuta w prestissimo — zmian nieznanych w stanie jawy. Życie na jawie jest prawie zawsze jednakie — stąd rozczarowania podróży. Zdaje się wprawdzie, że marzenie senne wytwarza się z najgrubszego materjału życiowego, ale ta materja jest w niem przerobiona, ugnieciona, rozpostarta tak, że żadna z obowiązujących na jawie granic czasu nie przeszkadza jej wyciągnąć się do wysokości tak olbrzymich, że się jej nie poznaje. W pewne poranki, kiedy mi